Furia – kapela weselna

Wesele, reż. Jan Klata, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

aAaAaA

fot. Magdalena Hueckel

Od kilku minut trwa owacja na stojąco. Po kolejnym ukłonie jedna z aktorek spogląda w stronę stojących na postumentach muzyków i krzyczy: „Furia!”. Hałas na widowni wzrasta o kilka decybeli. Tak skończył się setny pokaz Wesela Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Jana Klaty. Tym razem nie na macierzystej scenie Narodowego Starego Teatru w Krakowie, ale w wypełnionej po brzegi sali Teatru Narodowego w Warszawie. To symboliczny moment dla reżysera, który Weselem żegnał się z gabinetem dyrektora krakowskiego teatru (w atmosferze politycznej awantury). Osiem lat później, tym samym spektaklem zainaugurował swoje rządy w najważniejszej instytucji teatralnej w kraju. To także symboliczny moment dla Furii i sceny metalowej. Nie mamy w Polsce wyższej kultury wysokiej.

Ale czy rzeczywiście udział Furii w Weselu był tak przełomowym wydarzeniem? Z perspektywy samego zespołu – jasne. Bez Wesela nie byłoby nominacji do Paszportu Polityki, występu na Openerze i szeregu innych wydarzeń, które sprawiły, że Furia zafunkcjonowała we współczesnej kulturze, tej bez prefiksu sub-. O tym, ile ta praca znaczy dla rozwoju artystycznego Nihila, Sarsa, Namtara i Artura wielokrotnie mówili sami zainteresowani. Można to zresztą zweryfikować, słuchając płyty W Śnialni, na której wystąpiła czwórka aktorów z obsady Wesela (Radosław Krzyżowski, Krzysztof Zawadzki, Roman Gancarczyk, Juliusz Chrząstowski) oraz inspicjentka Katarzyna Gaweł. Dowodem również Trojanki w reżyserii Jana Klaty, do których Nihil skomponował muzykę (Teatr Wybrzeże w Gdańsku, 2018). Doświadczenie Wesela zaprocentowało także w ich najnowszym przedsięwzięciu, czyli projekcie Furia gra kino, gdzie również wspomógł ich Zawadzki. Teatr towarzyszy też Arturowi Rumińskiemu, który występuje w kolejnych spektaklach: w Korfantym. Rebelii! w reżyserii Roberta Talarczyka (Teatr Śląski w Katowicach, 2024) – jako członek powołanego na tę okazję zespołu – i w Termopilach polskich w reżyserii Jana Klaty (Teatr Narodowy w Warszawie, 2025), wraz z zespołem Gruzja, którego jest liderem. Inicjatyw okołoteatralnych znalazłoby się w twórczości muzyków Furii więcej. Choćby słuchowiska, które współtworzy Nihil, ale to materiał na inny artykuł.

O szersze znaczenie spotkania Furii z teatrem pytam Jarosława Szubrychta: „Furia nie była pierwszym polskim zespołem ekstremalnym, który zapisał się w historii teatru – trzeba wspomnieć pionierską rolę Imperatora – ale nigdy wcześniej nie była to tak ważna scena jak Stary Teatr, tak ważny tekst, świętość narodowa przecież, i reżyser formatu Jana Klaty. Widząc ten spektakl po raz pierwszy czułem, że jestem świadkiem historii. Anna Dymna podrygująca w chocholim tańcu do obskurnego śląskiego black metalu? Tego nie było w planach, tego nikt – poza Klatą oczywiście – nie byłby w stanie wymyślić, więc nikt o tym nie marzył. Poza oczywistymi konsekwencjami dla zespołu, obejmującymi zarówno dotarcie do nowej publiczności, jak i czerpanie inspiracji ze świata teatru, w którym Furia została tak gorąco, po bratersku przyjęta, poszedł sygnał do innych artystów, nawet tych z głębokiego undergroundu, że nie muszą iść na kompromisy, by ze swoją sztuką docierać w miejsca, w których może robić większe i trwalsze wrażenie, niż wśród publiczności zaznajomionej z konwencją. Że mogą – jak powiedzieliby Amerykanie – dream big. Czyli, w języku Wyspiańskiego (a już na pewno Słowackiego), śnić ogromnie. I że te sny mogą stać się jawą, ku uciesze wielu i przerażeniu tych, którzy zawsze boją się nowego i nieznanego”.

Straszni mieszczanie patrzą na metal

W ostatnim ćwierćwieczu z teatralnego fotela widać było wiele radykalnych działań i niejednokrotnie dała się słyszeć hałaśliwa, gitarowa muzyka. Jej najważniejszym ambasadorem był reżyser Marcin Liber. Sympathy for the Devil w poznańskim Teatrze Usta Usta z udziałem zespołu HER (2005), Zawiadamiamy Was, że żyjemy. Dubbing 44 w Muzeum Powstania Warszawskiego z Antigamą (2009), III Furie w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy z Moją Adrenaliną (2011). Był też oczywiście metal z puszki. Jerzy Jarocki w Sprawie (Teatr Narodowy, 2011) odtwarzał fragment utworu Behemotha, sam Klata w Weselu hrabiego Orgaza (Narodowy Stary Teatr, 2010) sięgnął po Xasthur. Może zatem przełomowość Wesela ogranicza się jedynie do metalowej perspektywy?

„We współczesnym teatrze interdyscyplinarność, łamanie barier i wprowadzanie innych dyscyplin na scenę to jest coś oczywistego” – potwierdza moją intuicję Radosław Krzyżowski, który w Weselu gra Pana Młodego. „Współpraca z Furią była jednak wydarzeniem – mówi mi z kolei Paweł Demirski, dramatopisarz i reżyser teatralny oraz filmowy. – Wesele otworzone black metalem było ożywcze. Łączyło dość niszowy gatunek z najbardziej kanonicznym tekstem polskiego teatru”. Różnica względem poprzednich poszukiwań Libera polegała według Demirskiego na wykorzystaniu klasycznego, a nie współczesnego tekstu i uruchomieniu kontekstów okołomuzycznych. „Black metal, makijaże, Norwegia, drewniane kościoły. Konserwatywny komentariat jednak jęczał, że co to jest”. I rzeczywiście, narzekał na przykład krytyk Andrzej Horubała, pisząc że „łomot Furii (…) daje satysfakcję publiczności, sugerując, że Klata trzyma rękę na pulsie (…), że przynosi nam współczesną interpretację (…), ale przecież prostackie to mocno i słabo skrywające fakt, że żadnego subtelnego klucza do Wesela reżyser nie znalazł”. Dominowały jednak pozytywne opinie. Spektakl odniósł sukces, zebrał kilka krajowych nagród i szybko dorobił się statusu przedstawienia-przeboju, na które bilety rozchodzą się błyskawicznie. W świat jednak nie pojechał, ponieważ Klata stracił stanowisko i wszystko się skomplikowało.

Biedni metalowcy patrzą na kulturalne miasto

Krzyżowski, zapytany o ewentualny niepokój wynikający z zaproszenia na scenę zespołu o wyraźnie podziemnym sznycie, odwraca perspektywę: „Myślę, że większa obawa była z drugiej strony. Nigdy nie zapomnę, jak Janek Klata zaprosił chłopaków na Wroga ludu – zanim zaczęliśmy pracę nad Weselem. Jest tam kilka momentów, w których dobrze widzimy publiczność i powiedzieć, że w samym jej środku siedziały cztery głęboko nieufne wobec tego, co się dzieje, osoby, to nic nie powiedzieć”.

Skąd ta nieufność? „Metal to jest hermetyczne środowisko. Nie każdemu tam wolno i nie wszędzie z tym można” – zauważa Krzyżowski. Oczywiście metalowcy, jak wszystkie dawne subkultury, opuszczają gardę, rozmontowują zasieki i przestają bronić dostępu, z czego korzystają inni artyści – również teatralni. „Polski teatr od początku XXI wieku używał niszowych gatunków muzycznych – mówi Demirski. – U Pawła Miśkiewicza w Przypadku Klary w Teatrze Polskim we Wrocławiu (2007) rapował Grammatik, co jeśli prześledzić ówczesny stosunek mainstreamu do polskiego hip-hopu było pójściem na przekór”. Dziś rap jest teatralną modą. Dosć wspomineć sukces rapowego musicalu 1989 w reżyserii Katarzyny Szyngiery (Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie i Gdański Teatr Szekspirowski, 2022) czy przedstawienie Nowy Pan Tadeusz, tyle że rapowy w reżyserii Kamila Białaszka (Teatr Polski w Poznaniu, 2025). „My z Romualdem Wiczą-Pokojskim w Kiedy przyjdą podpalić dom, to się nie zdziw w Teatrze Wybrzeże użyliśmy (trochę ironicznie a trochę nie) klasyki polskiego punka – wspomina Demirski. – Generalnie moje pokolenie używało różnej nieradiowej muzyki, ale chyba nigdy nie zrobiliśmy z muzyki tak ważnego kompozycyjnego elementu całości jak Klata w Weselu”.

Wątek generacyjny nie jest tu bez znaczenia. Krzyżowski zwraca uwagę, że w Weselu wszystkich głównych protagonistów grają ludzie w tym samym wieku. „Gospodarz, Poeta, Dziennikarz, Czepiec, Pan Młody – właściwie moglibyśmy chodzić do jednej klasy. Łączy nas ciąg doświadczeń historyczno-socjologicznych. Jako nastolatkowie graliśmy w zespołach, większość z nas słuchała punk rocka i heavy metalu, więc Furia nie była dla nas muzycznie wstrząsająca. Natomiast dla wielu widzów pewnie tak”. Dla krakowskiego konserwatora zabytków też. „Różne genialne i ryzykowne brewerie odbywały się na scenie Starego Teatru, ale nigdy wcześniej nie martwiono się, że od grania spektaklu posypią się ściany i sufit” – wspomina Klata.

Sens

Cieszy, że w Furii dostrzeżono nie efektowną hałastkę, ale istotny element interpretacji dramatu. Zbiorowy i trupio pomalowany Chochoł przygrywający do lunatycznego tańca, zdawał się strzałem w dziesiątkę. „Wiedzieliśmy, że chochołów będzie czterech – mówi mi aktor Krzysztof Zawadzki – bo choć to Nihil mówi słynne zdanie «Kto mnie wołał, czego chciał?», to cały skład pełni taką funkcję na poziomie wizualnym i symbolicznym”. Ma to swoje konsekwencje. Jak wyjaśnia Zawadzki: „Furia jest partnerem na scenie, a partner determinuje charakter twojej obecności. Moc muzyki, która prowadzi mnie w niektórych scenach, dała mi totalnego kopa. Oczywiście Czepiec, którego gram, już u Wyspiańskiego jest dynamiczny, mocny i agresywny, ale muzyka Furii podkręciła tę energię. Wydobywanie jej z siebie było dla mnie aktorskim wyzwaniem”. Zawadzki podkreśla, że rzecz nie tylko w hałasie. „Są w spektaklu całe sceny z niemal ambientowym klimatem. Artur Rumiński wyczarowuje gitarą bardzo różnorodną atmosferę. Ona wchodzi w nasze organizmy, ale też w głowy i serca publiczności”.

Dość skutecznie, bo dziś Wesele docenia również prawica. Co zabawne, ta mniej wyrafinowana niż Horubała i bardziej skłonna do moralnej paniki oraz krzyków o szarganiu świętości. Sylwia Krasnodębska, krytyczka „Gazety Polskiej”, pisała o ostatnich warszawskich pokazach: „I choć growl (…) na pierwszy rzut oka nijak się ma do ślubnych harców, okazuje się bardzo spójny z wizją świata, w który wprowadza nas obecny dyrektor Narodowego”. Otóż to. Furia w Weselu jest po prostu na miejscu. Katowicki kwartet, z całą swoją śląskością, jest bez wątpienia najważniejszym polskim zespołem metalowym – to znaczy takim, który w Polsce drąży i z niej czerpie energię. Nie ma to nic wspólnego z nacjonalizmem, przeciwnie. Mowa o znacznie głębszych kulturowych pokładach. Nihil na opis tej sfery użyłby prawdopodobnie słowa „mit” – i miałby rację. Udział w Weselu wyłożył nam to wszystko na tacy. Chochoł wyrwał się z bronowickiej fantazji i zmaterializował sto lat później gdzieś między Wełnowcem a Siemianowicami.

Barbarzyńcy w ogrodzie

Czytając recenzje i okołopremierowe komentarze, nie znajduję śladu kontrowersji. Metal w Starym Teatrze nikogo w 2017 roku nie bulwersował, a Furia nie wywołała skandalu. Ktoś powie, że to z powodu innej awantury – związanej z nieprzedłużeniem dyrektorskiego kontraktu Klacie. Ale polityka to nie wszystko. „Krakowska publiczność była już obeznana z językiem Klaty. Mogli się spodziewać czegoś takiego – mówi Zawadzki i dodaje – z kolei dla kogoś, kto się teatrem specjalnie nie interesuje, ale przyszedł, bo usłyszał, że jest fajne Wesele w Starym, dla takiej osoby etykietka black metal nie kojarzyła się z żadną ideologią”. To jeszcze jeden dowód na to, że metal nie jest już żadną ekstremą, nawet jeśli w jego obrębie wciąż mieszczą się ekstremalne zjawiska, a jego fani lubią pielęgnować antysystemowe fantazje. Muzyka metalowa jest dziś składnikiem popkultury.

Wniosek to mało odkrywczy, wszyscy wiemy, jak o swoje tradycje hałasowania na poziomie państwowym dbają Norwegowie. Istnieje zresztą teatralny most nad fiordami i Bałtykiem. Prawdziwy norweski black metal to spektakl, który razem ze studentami warszawskiej Akademii Teatralnej (2023) przygotowali Michał Kmiecik (autor tekstu) i wspomniany Marcin Liber. Z głośników w trakcie przedstawienia rozbrzmiewają utwory Mayhem i Burzum, a w kulminacyjnym momencie aktorzy własnoręcznie grają Pure Fucking Armaggeddon. Kmiecik mówi mi, że do słuchania black metalu wrócił dzięki płycie Księżyc milczy luty, a Furię na żywo zobaczył pierwszy raz na premierze Wesela. „Do dziś pamiętam moment, w którym zaczęli grać Opętańca. To było spotkanie dwóch zespołów w szczytowej formie – Furii i aktorów Starego Teatru – które zaowocowało spełnionym artystycznie przedstawieniem”. Artysta trafnie zauważa, że Wesele było istotnym momentem w „dłuższym procesie wychodzenia black metalu z piwnicy. Dzięki temu przedstawieniu wiele osób, które nigdy nie słyszały tej muzyki, miały okazję ją poznać”.

Metalu na polskich scenach przybywa. Niebawem w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie premierę będzie miał spektakl Vader. Wojna totalna w reżyserii Tomasza Mana. To artysta czuły na muzykę, a jego zrealizowane w Słupsku przedstawienie Jesteś szalona dowodzi, że żadnych gatunków się nie boi. Miejmy nadzieję, że z death metalem pójdzie mu lepiej niż z disco polo. Wreszcie i sam Klata postanowił raz jeszcze wejść do tej samej rzeki i zaprosił do pracy nad pierwszą premierą w Narodowym (czyli wspomnianymi Termopilami polskimi Tadeusza Micińskiego) Gruzję. „Bardzo dobrze, że metalu na scenach teatralnych będzie więcej, bo jest to bardzo istotna część kultury w Polsce” – mówi mi Jan Klata.

Ryzyko

Z perspektywy czasu wszystko jest proste – sukces Wesela oczywisty, a zaproszenie Furii logiczne. Pytam Klatę o początek. „Ideę zaproszenia kapeli nekrofolkowej wyprowadziłem z tekstu Wesela, gdzie wszystko sprowadza się do muzyki, ale istniało zagrożenie, że cała ta szlachetna teoria runie, dlatego, że Furia jest po prostu głośna. Owszem, mogą zagrać subtelnie, ale to i tak jest miażdżące w stosunku do aktorów. Pamiętam decydującą próbę. Przed żadną nie byłem tak zdenerwowany, bo wiedziałem, że jeśli to nie zadziała, to nie ma spektaklu. Nie ma drugiej linii oporu, nie poproszę Furii żeby grała unplugged”. O tę samą próbę pytam Krzyżowskiego: „Było to na równi ekscytujące i deprymujące, odpalili Zabieraj łapska i przy niesamowitej mocy tej muzyki kompletnie nie mogłem sobie wyobrazić, jak do tego mówić. A wiedzieliśmy, że to nie może być przekładanka: scena z aktorami, scena z Furią, scena z aktorami, scena z… i tak dalej. Mieliśmy traktować tę muzykę jak coś, co się totalnie spina z tekstem Wyspiańskiego. Nabrałem wtedy przekonania, że ten pomysł jest brawurowy, ekscytujący i wspaniały, ale on nie wyjdzie. Natomiast z każdą kolejną próbą okazywało się, że znajdujemy fragmenty muzyczne, z którymi to słowo konweniuje. Mało tego, że muzyka uruchamia pewne tropy. Jeden z nich dotyczył mojej postaci. Mówiłem monolog Pana Młodego: «Niech się stopi, niech się spali, byle grajcy ładnie grali…» na fragmencie z początku Grzej. Nie było tam mocnej perkusji, tylko hi-hat i motyw na gitarze basowej, ale żeby się przebić, zacząłem mówić to bardzo mocno. Po próbie podszedł do mnie Janek i powiedział: chciałbym żebyś tak właśnie to mówił”.

Zaczęło się jednak od innej piosenki. „Usłyszałem Za ćmą w dym i wiedziałem, że będą do tego tańczyć i tak się skończy pierwszy akt – wspomina Klata. – Wiedziałem, że Maćko Prusak zrobi genialną choreografię, choć nie przewidziałem, że będzie czerpał z Salta. Wiedziałem, że muzycy muszą być cały czas na scenie. Powiedziałem scenografce Justynie Łagowskiej, że chcę ich na postumentach, jak pomniki, żeby swarożycowali”. Wszystkie te reżyserskie intuicje okazały się trafione. Muzycy są – jak Chochoł – z porządku „postaci dramatu”, czyli zjaw. Żywi weselnicy pozostają nieświadomi ich obecności – za wyjątkiem Racheli. Jednocześnie są im poddani. Zaklęci i powolni muzyce. To kolejna realizacja tradycji polskiego teatru, która bierze się z dramatu romantycznego, przede wszystkim Dziadów Adama Mickiewicza, ale tak naprawdę sięga znacznie głębiej, tam, gdzie źródła teatru jako takiego, czyli do obrzędu – w tym wypadku obrzędu dziadów. Scena teatralna staje się przestrzenią, w której spotykają się świat i zaświat. „To jest teatr śmierci, jak każdy dobry teatr” – mówi o Weselu Klata i ma rację.

„Teatr śmierci” to kategoria wprowadzona przez Tadeusza Kantora. Ten wybitny XX-wieczny awangardzista, jeden z najważniejszych twórców teatralnych minionego stulecia, pozostawał w związkach z malarką Urszulą Broll i śląską grupą artystyczną Oneiron. To w ich pracowni przy ulicy Piastowskiej w Katowicach Furia zarejestrowała W Śnialni. O apetytach na dokładniejsze rozpoznanie tego śląsko-krakowskiego zderzenia mówią mi zarówno Krzyżowski, Zawadzki, jak i Nihil. To jeden z tych momentów, w których dobrze widać, jak wątki replikują się i plączą. Nic dziwnego, teatr to labirynt. Furia śmiało zstępuje w jego ciemne korytarze. Nie na polowanie, a na spotkanie z gospodarzem. Jest w tym pewnie trochę obawy, ale więcej ciekawości. Może ta straszna głowa byka, to tylko maska? Taka jak u kolędników – spleciona ze słomy. „Kto mnie wołał? Czego chciał?”.

Ku światłu

Wesele jest grane rzadko. Kilka spektakli w sezonie, najczęściej w formule kilkudniowego seta. Wynika to między innymi z trudności obsadowych. Po odejściu Klaty ze Starego Teatru zmienił się też skład zespołu. Konieczne były zastępstwa lub powroty aktorów w formie gościnnych występów, co wymuszało logistyczną ekwilibrystykę. Nie znaczy to jednak, że Wesele się wypaliło. „Nie ma chyba aktora w naszym teatrze, który nie marzyłby o tym, żeby w tym spektaklu wystąpić – mówi Zawadzki. Każdy wie, że to jest wartość sama w sobie. Dla nas granie takiego seta to jest święto. Cały teatr się zmienia, scena przy Jagiellońskiej zyskuje nowe oblicze”.

Właściwie może dziwić, że pomimo tylu trudności Wesele wciąż żyje. „Ten spektakl przestałby istnieć – mówi Klata – gdyby nie to, że mamy te cztery pomniki, które niezmiennie stoją i grają swoje. Są jak latarnia morska. Zrozumiałem to dopiero teraz, w Warszawie. Furia ustanawia współrzędne dla całego przedstawienia. Jan Frycz uświadomił mi, że oni trzymają gitary jak broń. Trzymają wartę, nadają kontekst i rytm. Orientują tę świątynię ku jutrzence. Ktokolwiek niesie światło”. „Słońce!” to ostatnie słowo, które krzyczy Nihil na Hucie Lunie, ostatnim jak dotąd materiale Furii. I nie ma w tej zbieżności żadnego przypadku.

<p class="text-align-right">21-01-2026</p>

Wesele, reż. Jan Klata, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Oglądasz zdjęcie 4 z 5