„Zachodźże słoneczko…”

Chłopki, reż. Sławomir Narloch, Teatr Współczesny w Warszawie

aAaAaA

fot. Anna Orzyłowska

„Zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić, bo nas nogi bolą po tym polu chodzić...” To jedna z naszych piękniejszych pieśni ludowych, minorowa, o rozlewnej frazie melodycznej, i taka, która jakby sama doprasza się o wielogłos. Tak właśnie brzmiała w przedstawieniu warszawskiego Teatru Współczesnego Chłopki, a obecne w pieśni nogi obolałe od pracy w polu stanowiły właściwie główny motyw spektaklu. Większość aktorek spośród ośmioosobowej obsady grała boso – na wsi przecież mało kogo było stać na buty. Gdy podczas teatralnych zaślubin panna młoda i jej przyszły mąż wyliczali zasoby, jakie wnoszą do związku, każde chlubiło się parą trzewików. Kiedy dziewczyna pomagała przy żniwach i poraniła nogi, jej mama, co na wszystko miała sposoby, nasikała na stopy córki i nazajutrz po bólu nie było śladu. Dwukrotnie na niewielką scenę Teatru Współczesnego wysuwano malowany wóz z leżącą na sianie schorowaną kobietą, która machała gołymi nogami, a spody jej stóp były czarne – może nigdy nie miała butów?

Różne podobne historie przekazywały widzom aktorki w kolejnych indywidualnych scenkach. Ich opowieści oddawały dramaty życia naszych babek. Taki tytuł nosi książka Joanny Kuciel-Frydryszak Chłopki. Opowieść o naszych babkach (Marginesy, Warszawa 2023) będąca podstawą teatralnej adaptacji Sławomira Narlocha, zarazem reżysera. Twórca przedstawienia do literackiej materii książki dodał wspomnienia własnej prababci. Reżyser zachował swoisty język wsi. Aktorki pododawały do niego własne już barwy głosowe i odpowiednie intonacje. Niektóre miały kłopoty z artykulacją słów – to zresztą przypadłość ostatnich aktorskich pokoleń, które chętniej stosują wymowę, by tak rzec, serialową niż sceniczną.

Narracji spektaklu nie wyznaczała określona dramaturgia i dyktowane przez nią napięcia. Ukazywano rysowane słowem portrety kobiet młodszych i starszych, a napięcia wyłaniały się z ich losów. Wszystkie, chyba bez wyjątku, chciały umieć czytać. A potem nauczyć się pisać. Jedna postanowiła syna wysłać do szkół (bardzo był zdolny, chociaż się jąkał). Sposobiła się więc do wyprawy na piechotę do Warszawy, bo pieniędzy na dojazd czymkolwiek nie miała – to przecież „tylko” siedemdziesiąt kilometrów... Warszawa, duże miasto, była obiektem marzeń. Wybrane kobiety, spomiędzy wielu, na służące do bogatych państwa, wyrażały niepomierną radość. Ale praca w tych domach piętrzyła się od rana do wieczora. Na wsi wydanie na świat ósmego, dziewiątego dziesiątego dziecka nie należało do wyjątków, a każde wymagało wyżywienia, ubrania, odchowania. Dla męża „gumka”, żeby dzieci nie było, zbyt wysoką miała cenę; obcowanie z kobietą to jedyna przyjemność jego trudnego życia, po to przecież żonę brał.

W aktorskiej galerii prym wiodła Matka Boska (Joanna Jeżewska), najpiękniej ubrana, ze złotymi promieniami we włosach. Jedynym mężczyzną w obsadzie był Prawnuk – Marcin Stępniak. Zależnie od kontekstu przyjmował krótkie role: narratora, spowiednika, męża, syna, srogiego ojca.

Bohaterkami były jednak kobiety – od prababki reżysera, której wspomnienia, nagrane na taśmę, rozlegały się w teatrze, po dzieci wysyłane na pastwiska. Taką wyrazistą scenkę pięcio-,  potem sześcio- i siedmioletniej Stefci stworzyła, samą mimiką, gestem i słowem Monika Pawlicka. Cieszyły ją rozmowy z gęsiami, aż wyznała na koniec, że chciałaby być... krową. Wtedy czułaby się potrzebna. Może dlatego w finale na przyćmionej scenie wszystkie aktorki pojawiły się w dużych krowich łbach na głowach i odeszły w mrok. Miało to być metaforą, że chłopki, tak jak krowy, w wiejskich gospodarstwach były niezbędne? No nie wiem.

Co pewien czas między solowe obrazy reżyser wstawiał sceny zbiorowe. Część pierwszą spektaklu wieńczył malowniczy taniec z nosidłami, chociaż pointa zburzyła to wrażenie: owszem, tańce są ładne, ale dźwiganie wiader z wodą to ciężka praca. W części drugiej nie zbrakło tańczonego oberka ani swoistej biesiady. Przy długim stole zasiadły wtedy wszystkie wieśniaczki. Łamały podawane im bochny chleba, kęsy żuły ze smakiem. Po kolei wznosiły w górę kubki z toastem za każdą z osób, której los przedstawiły widzom: za Jadzię, Eugenię, Antosię, Rudzię, Lenkę, i inne.

Muzykę do tańców i kilku pieśni, bardzo zręcznie wystylizowanych na ludowe przez Jakuba Gawlika, wykonywały na żywo też kobiety: akordeonistka, skrzypaczka i wiolonczelistka, która w momentach wzmożonego dramatyzmu uderzała w wielki bęben. Dla wybranych, ważnych scen, trio instrumentalistek tworzyło delikatne szmerowe tło. Taka wieś, jak ożywiona w spektaklu, mogła być jeszcze pamiętana z lat tużpowojennych przez najstarszych widzów, a i pieśni też wydawały się jakby znane. „...Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić, zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić...”

<p class="text-align-right">14-01-2026</p>

Teatr Współczesny w Warszawie

Chłopki

Joanna Kuciel-Frydryszak

Adaptacja i reżyseria: Sławomir Narloch

Scenografia: Martyna Kander

Kostiumy: Anna Adamek

Reżyseria światła: Karolina Gębska

Muzyka i kierownictwo muzyczne: Jakub Gawlik

Choreografia: Mariusz Żwierko

Obsada: Joanna Jeżewska, Monika Kwiatkowska, Monika Pawlicka, Agnieszka Pilaszewska, Ewa Porębska, Natalia Stachyra, Marcin Stępniak, Kinga Tabor, Elżbieta Zajko

Muzyka na żywo: Anastazja Gizińska (akordeon), Wioletta Jakubiec (skrzypce), Katarzyna Stasiewicz (wiolonczela)

Premiera: 18 grudnia 2025

Chłopki, reż. Sławomir Narloch, Teatr Współczesny w Warszawie

Oglądasz zdjęcie 4 z 5